Hej .. to znowu ja.. pisze do was z miejsca do ktorego sie przyprowadzilam a do ktorego nadal nie porafie sie przyzwyczaic… Pamieacie kiedys na polsacie byl taki serial … Szpilki na giewoncie. Ogladajac go jako mala dziewczynka zawsze zasanawialam sie jak glowna bohaterka mogla to znosic, gdzies tam w glebi marzac o podobnej przygodzie. Szczerze, nie myslalam o tym az do teraz tzn, do zeszlego tygodnia. Marzenie sie spelnilo, chcac nie chcac. Mala wioska w Beskidzie Malym. To wlasnie tu wyladowalam ze swoimi szpilkami , zaznaczmy ze teren jest tak podly ze nie ma mowy o wyjsciu gdziekolwiek w szpilkach, no chyba ze jedziesz samochodem to owszem mozesz pozwolic sobie na taki luksus. Poczatkowo ludzie patrzyli na mnie jak na kosmite i nie wiem dlaczego… Teraz zaczynam „wkupowac” sie w laski spolecznosci… poprzez moja prace. Pora bylo oderwac sie od siedzenia przy biurku i zaczac prace przeznaczona dla nowych ludzi … w sklepie spozywczym. Nie oczekujmy cudow, malo kto chce zarudnic „obca”. W pierwszych dniach nie cierpialam mojej pracy mialam ochote stamad udziec, pomagala mi rozmowa przez telefon (jak odzyskalam jakis zasieg) z moja przyjaciolka Aga wlasnie za to Ci dziekuje, wierzylas ze dam rade kiedy tak naprawde juz sie poddalam. Dzieki niej potrafilam zaciskac zeby co rano i wstawac o 4.00… Minal miesiac w zaskakujacym tepie… Na dzien dzisiejszy obrzydzenie do tej pracy jest stosunkowo male. Daje rade, moze za jakis czas uda mi sie calkowicie przywyknac. Jednak brakuje mi znajomych ulic twarzy, mojej rodziny…ulic, drog, sklepow… momentow spontanicznosci na ktore tu nie moge sobie pozwolic. Miasto… mimo wszystko za Toba tesknie.