Wpisy z okresu: 3.2014

    Bez tytułu

    1

    Cześć,

    dziś chciałabym opowiedzieć Wam pewną historię..
    Miałam idealny świat do niedawna, wszystko szło nad wyraz dobrze, spełniałam
    marzenia, zapisałam się na prawo jazdy, zrobiłam tatuaż, mam dobrą pracę. Dni nabrały kolorów, wszystko pachniało wiosną… Podwyżka w pracy pozwoliła mi kupić sobie
    co tylko chce, co tylko mi się podoba.. Może stałam się takim trochę „francuskim pieskiem” tak to chyba się mówi, trochę za bardzo rozpieszczonym przez pieniądze.
    Jedni mówią, że się zmieniłam przez ten czas na gorsze inni znowu że na lepsze… jak można się spodziewać zdania na ten temat są podzielone. No cóż… życie.
    Ale jak można się spodziewać, wszystko co dobre szybko się kończy… tak też się stało,
    dokładnie 19 lutego mój świat przekręcił się o 90st. w sumie to wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam.
    Ktoś lub coś, postawiło na mojej drodze faceta, zwyczajnego faceta, różnił się od tych wszystkich bezimiennych spotkanych na ulicy niesamowitym smutkiem w oczach, nawet gdy próbował się uśmiechać, jego oczy nadal pozostawały smutne. Zastanawiałam się co takiego się w nich kryje…
    Cóż zaczęliśmy się spotykać, dowiedziałam się co takiego kryje się w tych oczach… to brak swojego miejsca w życiu, na tej planecie… Dni mijały. My spędzaliśmy coraz więcej czasu razem. To wyjście na kawę, to spacer… A to miła niespodzianka gdy otwieram drzwi i już chce wychodzić do pracy P. na mnie czeka i odprowadza na autobus, przyjeżdżam z pracy, widzę że już czeka na mnie i ten jego uśmiech… Jego Oczy też powoli zaczęły się uśmiechać, nieśmiało ale jednak.
    Codziennie rano czekałam aż wybije 7:00 bo wtedy rozlegało się ciche pukanie do drzwi… Wtedy już wiedziałam to był On, wspólne picie kawy, hehe przyglądanie mi się jak robie makijaż, jak czesze włosy… Kiedy jeździłam na kurs wiedziałam że po pracy mogę przyjechać, tylko na 15 min byle by spędzić je z Nim. Grywaliśmy w Scrable nieraz do rana, śmiejąc się i uciszając się nawzajem.
    Dowiedziałam się jak bardzo, życie skopało mu tyłek kiedyś miał wszystko. Ale staraliśmy się zapomnieć na chwilę o przeszłości o tym co się stało.. Cieszyliśmy się obecnością. Ja spędzając całe dnie nieraz w pracy a później na kursie wiedziałam że jak tylko przyjadę . To go zobaczę. Któregoś dnia, wyszliśmy na spacer, pamiętam jakby to było wczoraj… założyliśmy się o głupotę. Zakład przegrałam. Niesamowite jak bardzo byłam szczęśliwa..
    Niespodziewana Jego przeprowadzka, mówię ale cóż, Gliwice nie są na końcu świata przecież, więc pomimo tego że się przeprowadził mieliśmy kontakt telefoniczny, no i został nam facebook. Widywaliśmy się co drugi dzień, starałam się tak poukładać czas żeby znowu jak najwięcej z Nim go spędzać.
    Uwielbiałam te wszystkie nasze poważne rozmowy, podczas których wybuchaliśmy śmiechem…
    Mieliśmy już pierwsze plany, wiedzieliśmy czego chcemy…
    Znałam całą Jego przeszłość, jego wady, jego słabe punkty…
    Wiedziałam czego mogę się spodziewać…
    Jak już wspomniałam wszystko co dobre musi się skończyć, kolejna Jego przeprowadzka tym razem do Koźla, setki smsów, godzin przegadanych tak bardzo wierzyłam, że przez to przejdziemy. Wreszcie mała iskra nadziei i sms: Tęsknie nawet nie wiesz jak bardzo. Przyjeżdżam w środę wieczorem albo w czwartek rano. Nie wyobrażacie sobie jak bardzo byłam szczęśliwa! Wzięłam wolne z pracy, wypolerowałam mieszkanie…
    Nie myślałam nawet nad tym , że coś może pójść nie tak… ale życie lubi płatać mi figla. W wtorek o 15:10 ostatni sms: Uśmiecham się bo wiem, że się już niedługo zobaczymy. Zdzwonimy się o 19:00. No i zaczął się dramat, Jego telefon nie odpowiadział, ani wtedy ani dzień później ani dziś… Tak bardzo starałam i w sumie nadal się staram dowiedzieć co się stało niestety bezskutecznie.
    Nie ma go, znikł, rozpłynął się… Moje próby kontaktu z kimkolwiek nie przyniosły żadnych rezultatów…
    Możecie mi wierzyć próbowałam już wszystkiego,  przepadł.
    Gdy dzwoni telefon z trwogą odbieram połączenia, nie ma nic bardziej stresującego niż odbieranie telefonu…

    Teraz moje dni są szare i papierowe, patrzę w telefon widzę kolorowe zdjęcie, ale nie widzę wiadomości. Jedyne co mi zostało to maleńki okruszek nadziei że któregoś dnia zadzwoni telefon i to będzie ON, albo otworze drzwi i to będzie ON.
    Podobno nadzieja umiera ostatnia.

    Dziś przed jazdami nikt mnie nie prosi, żebym uważała na siebie, słuchała instruktora, żebym dała z siebie wszystko bo we mnie wierzy.
    Brakuje tego jak cholera.

    P. dziękuje Ci, za każde ciepłe słowo, za każdy uśmiech, przytulenie, pocałunek…
    Dziękuje za to, że byłeś.

     

    M.

    Papierowy szary świat…

    0

    Odkąd P. wyjechał stało się to wszystko jakieś puste, pozbawione sensu, światła. Dziwne w jaki sposób moze brakować drugiego człowieka… Nie ma mnie kto odprowadzać na autobus do pracy, nikt na mnie nie czeka, nie ma mi kto zrobić kawy… Niby proste czynności a jednak.. Naprawde bałam się przywyknąć, ale to stało się mimowolnie.
    Brakuje mi jego smutnego uśmiechu, głupowatych min… i po prostu obecności.
    No ale, jest nadzieja że za 9 dni się zobaczymy… jak mam być szczera nie mogę się już doczekać…
    Poza tym, co u mnie ? Myśle nad rezygnacją ze szkoły… wiem, ze został mi ostatni semestr, że tak wiele pracy i wysiłku włożyłam w to aby być tu gdzie jestem teraz… ale chyba po prostu się do tego nie nadaje… za dużo mam na głowie, siedzenie w pracy do późna,  kurs na prawo jazdy… prawie zerowy czas dla siebie… a może po prostu przesadzam?
    Never mind.

     

     

    W życiu każdego z nas przychodzi taki moment, że siada i zastanawia się co zrobić dalej ze swoim życiem. Analizuje każdy wybór i drogę którą wybrał, swoje lepsze i gorsze dni, decyzje, czyny, nałogi…
    I ja mam taki swój mały dzień, z małym wyjątkiem dziś analizuje życie kogoś innego nie swoje a kogoś mi bliskiego… Przez pryzmat książki Zdzisława Korczaka „Umierałem sto razy”, książka to umysł nałogowca, bełkot alkoholika, wybory nie człowieka a nałogu… Książka jest mocna, dobra ale ciężka…
    Staram się zrozumieć człowieka który pił i ćpał ale z tego wyszedł …. człowieka który jedyne czego pragnie to śmierci… Mówi, że nie ma nic do stracenia…
    Wiem, rozumiem przynajmniej się staram… człowiek sam, w obcym mieście, znający zaledwie kilka osób, bez pracy, kasy… a to przecież o to w naszym życiu chodzi. Wszyscy jesteśmy materialistami, wiemy, że pieniądze to nie wszystko ale są ważne,,,, bez nich tak naprawdę nie żyjemy, nie istniejemy, nie egzystujemy, nie liczymy się w tym chorym świecie. Prawda jest brzydka, a zrozumie to tylko ktoś komu nie będzie pomagać rodzina, znajomi, przyjaciele ktoś kto na wszystko będzie musiał zapracować własnymi rękami…
    Wróćmy do sedna, zawsze wierzyłam w ludzi… Wierze, że mogą się zmienić, zacząć żyć na nowo tylko, że ta przemiana musi być czymś spowodowana… Chociażby małą odrobiną wiary w samego siebie.
    Ciężko jest iść przed siebie z bagażem życiowych doświadczeń, z antypatią do świata i ludzi…
    Czy warto wracać do nałogu??
    Czy warto zacząć pić tylko po to żeby nabrać pewności siebie ??
    Czy trzeba zacząć ćpać aby poczuć się dobrze??
    NIE trzeba, tak nie można ! Ponieważ człowieku zrujnujesz wszystko co do tej pory od nowa osiągnąłeś, a co najważniejsze swoją wartość, trzeba czasem po prostu się ogarnąć, a na resztę przyjdzie pora.
    Powiesz mi pewnie, że jesteś nieśmiały na trzeźwo? Wierz mi nie jesteś… Dziewczyna której będziesz chciał zaimponować, prędzej polubi Cię takiego właśnie nieśmiałego niż jako nachalnego ludzia pod wpływem alkoholu…

    Przestaje już smęcić, wracam do lektury…
    Pozdrawiam M.

    P.S. Zastanówcie się nad swoimi nałogami, pomyślcie czasem o innych ludziach którzy być może mają jakieś problemy z czymś…