Temat tabu…. Ojciec

    0

    Apropo zblizajacego sie powoli wielkiego dnia o ktorym marzy kazda dziewczyna… no wiecie slub, wesele bla bla bla…. Jakos staram sie to oddalic w czasie… miesiac juz jest, problem co do daty.. To wszystko sklonilo mnie do opowiedzenia M. o moim ojcu, wiecie ze jest czy tez byl o dla mnie temat tabu.. M. zaczal go podczas jazdy samochodem (cwana bestyja- wie ze w ten sposob nie uciekne). Powiedzial wprost: Wypada zaprosic na slub Twojego ojca, no i sie zaczelo, dreszcze na ciele i narastajaca panika.
    Ale…
    Jako, ze kiedys musialam z nim na ten temat pogadac, a nie wiedziec czemu w samochodzie czuje sie bezpieczniej niz gdziekolwiek indziej (o ironio).
    Moj tata (dziwnie dla mnie brzmi to slowo), zostawil mnie juz nawet nie pamietam kiedy jak mialam 3 latka, moze 4 a moze 2 nie wiem dokladnie… Nie odzywal sie nigdy do mnie, nawet nie pojawial sie na sprawach w sadzie o alimenty odebralam jasny komunikat- czlowiek ten nie chce miec ze mna nic do czynienia.
    Przebolalam … Potem moja jedna operacja zakonczyla sie stanem krytycznym i kilkunastoma dniami na oddziale intensywnej terapi i kilkoma tygodniami w szpitalu… Pol roku rekonwalescencji i ani telefonu.
    Ukonczenie gimnazjum z 2 swiadectwem w klasie, dobry kierunek…. zero kontaktu, urodziny i swieta tak samo…
    Druga operacja poszla na szczescie dobrze, kilka tygodni w szpitalu, zero odwiedzin… kolejne urodziny i kolejne swieta. Spotkany gdzies przypadkowo, nawet nie wiedzialam  kto to jest,, zagadal ale chyba nie chcial mnie poznac, w bylej pracy poznalam moja ciotke a jego siostre mimo wszystko sie cieszylam.
    Trafilam na ogloszenie o sprzedazy cinquecento, pojechalismy go z M. obejrzec okazalo sie ze do mojego ojca, zaprosil nas do srodka… Pierwsza nasza taka normalna rozmowa.
    Z ciotka mialam jako taki kontakt, jej corka a moja kuzynka miala 18 nie zdziwilam sie ze mnie nie zaprosila. Bo po co przeciez sie nie znamy.
    Nagla smierc mojego dziadka i zabrzmialy telefony. Wiedzialam, ze niby to moj dziadek (genetyczny) ale nie poczulam bolu wywolanego strata … Zaprosili mnie na pogrzeb i stype poczatkowo chcialam tam pojsc… ale potem poczulam ze to jak isc miedzy obcych ludzi…
    Mam jakies wyrzuty sumienia, ale nie chcialam ich wszystkich poznawac w takich okolicznosciach. Czy dobrze zrobilam … nie wiem… czas pokaze.

    Dzis melancholijnie….
    Taki dzien na pustkowiuuu… z soba, soba i soba….

    Miasto – Wies 1:0

    0

    Hej .. to znowu ja.. pisze do was z miejsca do ktorego sie przyprowadzilam a do ktorego nadal nie porafie sie przyzwyczaic… Pamieacie kiedys na polsacie byl taki serial … Szpilki na giewoncie. Ogladajac go jako mala dziewczynka zawsze zasanawialam sie jak glowna bohaterka mogla to znosic, gdzies tam w glebi marzac o podobnej przygodzie. Szczerze, nie myslalam o tym az do teraz tzn, do zeszlego tygodnia. Marzenie sie spelnilo, chcac nie chcac. Mala wioska w Beskidzie Malym. To wlasnie tu wyladowalam ze swoimi szpilkami , zaznaczmy ze teren jest tak podly ze nie ma mowy o wyjsciu gdziekolwiek w szpilkach, no chyba ze jedziesz samochodem to owszem mozesz pozwolic sobie na taki luksus. Poczatkowo ludzie patrzyli na mnie jak na kosmite i nie wiem dlaczego… Teraz zaczynam „wkupowac” sie w laski spolecznosci… poprzez moja prace. Pora bylo oderwac sie od siedzenia przy biurku i zaczac prace przeznaczona dla nowych ludzi … w sklepie spozywczym. Nie oczekujmy cudow, malo kto chce zarudnic „obca”. W pierwszych dniach nie cierpialam mojej pracy mialam ochote stamad udziec, pomagala mi rozmowa przez telefon (jak odzyskalam jakis zasieg) z moja przyjaciolka Aga wlasnie za to Ci dziekuje, wierzylas ze dam rade kiedy tak naprawde juz sie poddalam. Dzieki niej potrafilam zaciskac zeby co rano i wstawac o 4.00… Minal miesiac w zaskakujacym tepie… Na dzien dzisiejszy obrzydzenie do tej pracy jest stosunkowo male. Daje rade, moze za jakis czas uda mi sie calkowicie przywyknac. Jednak brakuje mi znajomych ulic twarzy, mojej rodziny…ulic, drog, sklepow… momentow spontanicznosci na ktore tu nie moge sobie pozwolic. Miasto… mimo wszystko za Toba tesknie.

    Zmienila status- zareczona

    2

    Cześć drogi czytelniku….
    Pisze po pewnej małej przerwie, kiedyś wspominałam ze M. Sie do mnie wprowadził.. no ale jak to w moim zyciu bywa zasze ewidentnie musi sie coś spierdolic, sorki za slonictwo ale inaczej tego opisac sie po prostu nie da. Na drodze do naszego „…i zyli długo i szczęśliwie” stanęła moja własna mama? .
    Smutne ale prawdziwe… niestety ale poki co sama nie potrafie tego ogarnac co sie dzieje, no ale mniejsza o szczegoly…bo nawet jakos do mnie nie dociera ze w natłoku zdarzen M. Sie oswiadczyl, obylo sie bez tandetnego pierscionka i bukietu kwiatow, zrobil to tak jak sobie wymarzylam, w garazu nakretka. Hm, w pierwszej chwili myslalam ze on sobie ze mnie zartuje wiec po tym jak uslyszalam magiczne pytanie : Czy wyjdziesz za mnie? Nie zastanawiajac sie ani chwili dluzej musialam odparowac: a czy wszystko mam za ciebie robic? W gronie znajomych rozlegl sie smiech a do mnie dopiero po chwili dotarlo co tak naprawde uslyszalam. Tak wiec nie moglam zrobic inaczej jak sie nie zgodzic.
    Tak wiec jeszcze w tym roku zostane mezatka, nie wiem czy sie smiac czy plakac bo zawsze mowilam ze jak mi w zyciu nic nie wyjdzie wtedy wyjde za maz…. No ale coz chyba sie starzeje ;)
    Postanowilismy ze sie przeprowadzimy (czasem mam wrazenie ze nie mozemy znalezc swojego miejsca na tym swiecie). Miesiac temu wprowadzilismy sie do rodzicow M., poczatkowo jezdzdzilam do starej pracy, ale 150km dziennie wyczerpywalo mnie fizycznie i psychicznie. Znalazlam prace tu w wiosce (tak mieszkam na wsi, ale nadal boje sie slimakow), w sklepie spozywczym nie jest to szczyt moich ambicji ale lepsze to niz siedzenie cale dnie w domu i gapienie sie metoda sufit podloga telewizor…. Musze powiedziec ze jest dobrze. Nie narzekam (tylko momentami chce go zabic, ald powstrzymuje mnie fakt ze nie wytrzymam tylu lat w zamknieciu) czyby to wlasnie bylo szczescie ??

    <3

    0

    Pogoda za oknem dopisuje średnio… w momentach kiedy nie pada oczywiście…
    Ja siedzę i próbuje coś sklecić jakoś powoli i jakoś ciężko mi to wychodzi…
    Może zacznę od tego, że aktualnie jestem na etapie przyzwyczajania się do mieszkania z kimś, taaaak Mila poszła o krok dalej i zamieszkała z M.
    nie ukrywam początkowo obawiałam się czy będzie to dobra decyzja, czy może nie powinnam się wiązać aż tak poważnie … ale jak to mawiają nie pozwól aby strach przed działaniem wykluczył Cię z gry… tak więc spiełam pośladki i zrobiłam M. miejsce w półkach (tak tak poświęciłam półki wierzcie mi do tego do tej pory się nie mogę przyzwyczaić) …
    Trzy tygodnie już za Nami, wstaję rano zawsze jako pierwsza, żeby przygotować M kanapki, zrobić kawę a później patrzeć jak słodko się budzi … a wierzcie mi ma problem z wstawaniem… :D
    Moje znajome jak rozmawiałam z Nimi że M może się wprowadzi albo coś w tym guście to mówiły; „…będziesz zbierać brudne skarpetki”, „…wszędzie będą się walały jego rzeczy” itp , itd… Mila wybiegając w przyszłość ustaliła z M, że nie będzie sprzątać jego rzeczy, on wie doskonale gdzie jest miejsce na brudne skarpetki … i do tej pory nie posprzątałam ani jednej…
    Udało nam się wynająć garaż i garaż to jest jego świat, facet musi mieć miejsce dla siebie takie gdzie kobieta nie będzie się wtrącać… przynajmniej to jest moje zdanie ;)
    Czy jestem szczęśliwa… szczerze ? Bardzo ;)
    Tak, odnalazłam swoje miejsce w tym świecie… miejsce pomiędzy Jego prawym a lewym ramieniem ;D

    NIe wiem kiedy tu znowu zajrzę…
    także tymczasem 3majcie się i pamiętajcie czasem warto dać ponieść się odrobinie szaleństwa.
    Pozdrawiam
    Mila!

     

    Welcome back….

    0

    Mila powoli wraca do życia… chyba minął mi już etap zauroczenia drugą osobą a teraz stanęło na tym, że jestem po prostu zakochana :)
    W pierwszym dniu 2014 roku zrobiłam postanowienia noworoczne … no wiecie takie tam brednie (przynajmniej wtedy tak myślałam), chciałam zrobić prawo jazdy, kupić samochód taki za którym wszyscy będą się oglądać, no i chciałam mieć przy sobie mężczyznę , takiego który nie będzie ze mną dla mnie i dla siebie który będzie mnie kochał, taką jaka jestem …
    No i w pierwszym dniu 2015 roku, mogłam z czystym sumieniem stanąć na podwórku rozejrzeć się i zobaczyć … mam wszystko czego chciałam… Zrobiłam prawo jazdy, kupiłam samochód za którym część się ogląda a część chce się przejechać.. No i trzecie wreszcie dziś u mego boku stoi ON ten jeden jedyny…
    Jestem wyjątkowo i niezaprzeczalnie szczęśliwa, chociaż nie powiem ma On swoje humory no i powoli zaczynamy się kłócić już jak stare dobre małżeństwo, czasem idziemy na kompromis a czasem jedna strona ustępuje dla dobra tej drugiej.
    Dajemy radę, więc jeśli ktoś Wam kiedyś powiedział, że odległość rozdziela ludzi, nie słuchajcie go, jeśli chcecie się rozstać tylko ze względu na to że dzieli was odległość nie róbcie tego.
    Odległość to tylko dziwna jednostka miary którą ktoś kiedyś wymyślił … Najważniejsze jest to co do siebie czujecie…. :)

    Nam niestety nadal nie udało się zamieszkać razem, ale wszystko powoli zmierza w dobrym kierunku, zaczęliśmy o tym rozmawiać.. No i znaleźliśmy wyjście z tej sytuacji Mateusz zaczął szukać pracy tutaj… Jeśli do marca nie znajdzie, to ja zacznę szukać pracy tam ( o co prosi mnie jego mama, zebym nie zwlekała ) :)

    Strasznie dłuży mi się dzis czas w pracy wiedząc że Matt ma wolne i gotuje dla mnie… Strasznie lubie takie dni kiedy wracam do domu i on na mnie czeka :)

     

    Ahh….

    chyba się rozpisałam.
    Pozdrawiam M.

    O tym jak maluch połączył dwoje ludzi

    0

    Cześć,
    widzę właśnie,że mój ostatni wpis ma datę czerwcową a od tego czasu wiele się zdarzyło i wiele się zmieniło…
    Ale nie wszystko naraz, zacznijmy od początku :)

    Nie jestem pewna czy wam wspominałam o tym, że kupiłam malucha no wiecie fiata 126p… I zamieściłam chyba gdzieś w okolicy maja ogłoszenie na forum, że potrzebowałabym kupić rozrusznik odezwał sie pewien człowiek, taki se z pozoru jakiś nie mrawy… ale mówie tak, ok ma rozrusznik nie za drogo może być, w rezultacie rozkręciła się z tego całkiem już później poza forum prywatna rozmowa… temat przewodni… auto… no dobra mówię, jak nie dostanę tu nigdzie to podjadę do tego bielska a co mi tam pociągi jeżdżą (to był etap w którym wydawało mi się, że zdanie egzaminu na prawo jazdy graniczy z cudem)… No ale jak wiadomo Mile, lenistwo się trzyma i wystawiła biednego Mateusza raz, drugi, trzeci… nadal mieliśmy oczywiście kontakt facebook-owy, on dzielnie pisał próbował nawiązać rozmowę, czasem mu się udawało, a czasem nie :P
    Jakiś czas później w mojej głowie narodził się pomysł zorganizowanie zlotu! Taak, to było to zaczęłam pisać do ludzi, utworzyłam wydarzenie i mówię a niech stracę … zaproszę Mateusza….
    W pierwszym momencie jak zadzwonił, nie wierzyłam sama że przyjechał byłam mile zaskoczona…. no nie powiem, nawet okazał się przystojnym brunetem o brązowych oczach w ślicznym czerwonym maluchu…
    Atmosfera na zlocie cudowna piękna, dużo przegadaliśmy… ;)
    Później spotkaliśmy się w Międzybrodziu bielskim, gdzie spędziłam kolejne dwa dni ponieważ chciałam odpocząć od natłoku obowiązków i problemów…
    Wspólny wyjazd do Płocka na 11 ogólnopolski zlot miłośników fiata 126p… i nasza decyzja o tym, że będziemy razem… chyba nie mogło być lepszych okoliczności … ;)
    A teraz… co tam trasa do Bielska- Białej, przecież to nie daleko zaledwie godzina drogi i cały weekend nasz, nie ważne czy to ja jadę do Mateusza czy Mateusz przyjeżdża do mnie. Wiemy, że cały świat należy do Nas i naszych aut… Jak narazie się nie kłócimy, przynajmniej się staramy nie kłócić, a wspólnie pokonujemy już tysiące kilometrów, maluchem odwiedziliśmy Pragę, Nepomuk, Brno… a przed Nami Węgierska Górka a później Mielno i to jeszcze w tym roku <3

    Trzymajcie za nas kciuki!
    Pozdrawiam M.

    „Jo Cie obserwuja”

    0

    Witam, witam :)
    Tak to od ostatniej notki trochę się zmieniło a mianowicie zdałam egzamin na prawo jazdy, odebrałam prawko no i już mogę sobie jeździć moim kochanym autkiem … aczkolwiek ktoś z moich „najbliższych” bardzo mi tego auta nie życzy i ciągle się psuje… :(
    Albo to mechanik zawali, albo czegoś nie dokręci, albo uszczelkę na odwrót założy.. ach.. normalnie złośliwość rzeczy martwych:/ ale mam nadzieję, że jutro skończymy moją żabę i w końcu będę mogła normalnie jeździć… Po naprawie już naprawdę nie będzie miało co się zepsuć bo wszystko jest wymienione…
    Dużo ludzi mówi mi żebym oddała żabe na złom, że jak można jeździć maluchem w dzisiejszych czasach, że to ciągle się psuje itp itd. Nie rozumieją tego co to znaczy mieć pasję i poświęcać się jej w każdej najmniejszej chwili.. Rany kocham to auto i możecie mi wierzyć, że miłość od pierwszego wejrzenia istnieje :)

    Hehe, ponadto przełamałam swoją dentofobię a pomógł mi w tym wszystkim hmm nazwijmy go Mały Miki, i nie nie jest dentystą … tylko policjantem… Heh pewnego dnia poszłam do pracy z tak spuchniętą twarzą,bólem zęba że nie byłam w stanie normalnie funkcjonować. Po czym podchodzi do lady Mały Miki i proponuje że pojedzie ze mną do dentysty, próbuje mu wytłumaczyć że nie jest tak źle, że to tylko tak strasznie wygląda… Bo przecież no nie przyznam się, że mam dentofobie przed takim przystojniakiem… Załatwił mi zastępstwo no i pojechaliśmy.. Moje ego zostało zdeptane po tym jak tylko zobaczyłam drzwi kliniki dentystycznej i powiedziałam, że tam nie wejdę… Niestety to też nie poskutkowało zostałam wprowadzona do środka… siłą…
    No cóż, to była najlepsza wizyta u dentysty jaką kiedykolwiek miałam i już jestem zapisana na następną :D
    Mały Miki pomógł mi przełamać dentofobie… Już się nie boje a do dentysty idę z uśmiechem na ustach :D
    Pozwólcie, że pominę wszystkie te dni w których przyjeżdżał po służbie do mnie do pracy ( w sumie nadal to robi) żeby tylko powiedzieć mi „cześć”.

    Co lepsze w tym wszystkim to podczas jego urodzin , ja świętowałam zdanie egzaminu z prawa jazdy w tym samym miejscu, perfekcyjnie połączyliśmy imprezy w jedną wspólną. Mały Miki postawił sobie za cel że nauczy mnie tańczyć… A ja i tak go nigdy nie słucham jak próbuje mi coś w związku z tym wytłumaczyć… Bo nie dociera do mnie wtedy nic poza jego oczami xD Durna Mila, czyżby znowu się zauroczyła?

    A jak Wam mija tydzień? Długi weekend?

    Piszcie !
    Pozdrawiam M.

    Bez tytułu

    1

    Cześć,

    dziś chciałabym opowiedzieć Wam pewną historię..
    Miałam idealny świat do niedawna, wszystko szło nad wyraz dobrze, spełniałam
    marzenia, zapisałam się na prawo jazdy, zrobiłam tatuaż, mam dobrą pracę. Dni nabrały kolorów, wszystko pachniało wiosną… Podwyżka w pracy pozwoliła mi kupić sobie
    co tylko chce, co tylko mi się podoba.. Może stałam się takim trochę „francuskim pieskiem” tak to chyba się mówi, trochę za bardzo rozpieszczonym przez pieniądze.
    Jedni mówią, że się zmieniłam przez ten czas na gorsze inni znowu że na lepsze… jak można się spodziewać zdania na ten temat są podzielone. No cóż… życie.
    Ale jak można się spodziewać, wszystko co dobre szybko się kończy… tak też się stało,
    dokładnie 19 lutego mój świat przekręcił się o 90st. w sumie to wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam.
    Ktoś lub coś, postawiło na mojej drodze faceta, zwyczajnego faceta, różnił się od tych wszystkich bezimiennych spotkanych na ulicy niesamowitym smutkiem w oczach, nawet gdy próbował się uśmiechać, jego oczy nadal pozostawały smutne. Zastanawiałam się co takiego się w nich kryje…
    Cóż zaczęliśmy się spotykać, dowiedziałam się co takiego kryje się w tych oczach… to brak swojego miejsca w życiu, na tej planecie… Dni mijały. My spędzaliśmy coraz więcej czasu razem. To wyjście na kawę, to spacer… A to miła niespodzianka gdy otwieram drzwi i już chce wychodzić do pracy P. na mnie czeka i odprowadza na autobus, przyjeżdżam z pracy, widzę że już czeka na mnie i ten jego uśmiech… Jego Oczy też powoli zaczęły się uśmiechać, nieśmiało ale jednak.
    Codziennie rano czekałam aż wybije 7:00 bo wtedy rozlegało się ciche pukanie do drzwi… Wtedy już wiedziałam to był On, wspólne picie kawy, hehe przyglądanie mi się jak robie makijaż, jak czesze włosy… Kiedy jeździłam na kurs wiedziałam że po pracy mogę przyjechać, tylko na 15 min byle by spędzić je z Nim. Grywaliśmy w Scrable nieraz do rana, śmiejąc się i uciszając się nawzajem.
    Dowiedziałam się jak bardzo, życie skopało mu tyłek kiedyś miał wszystko. Ale staraliśmy się zapomnieć na chwilę o przeszłości o tym co się stało.. Cieszyliśmy się obecnością. Ja spędzając całe dnie nieraz w pracy a później na kursie wiedziałam że jak tylko przyjadę . To go zobaczę. Któregoś dnia, wyszliśmy na spacer, pamiętam jakby to było wczoraj… założyliśmy się o głupotę. Zakład przegrałam. Niesamowite jak bardzo byłam szczęśliwa..
    Niespodziewana Jego przeprowadzka, mówię ale cóż, Gliwice nie są na końcu świata przecież, więc pomimo tego że się przeprowadził mieliśmy kontakt telefoniczny, no i został nam facebook. Widywaliśmy się co drugi dzień, starałam się tak poukładać czas żeby znowu jak najwięcej z Nim go spędzać.
    Uwielbiałam te wszystkie nasze poważne rozmowy, podczas których wybuchaliśmy śmiechem…
    Mieliśmy już pierwsze plany, wiedzieliśmy czego chcemy…
    Znałam całą Jego przeszłość, jego wady, jego słabe punkty…
    Wiedziałam czego mogę się spodziewać…
    Jak już wspomniałam wszystko co dobre musi się skończyć, kolejna Jego przeprowadzka tym razem do Koźla, setki smsów, godzin przegadanych tak bardzo wierzyłam, że przez to przejdziemy. Wreszcie mała iskra nadziei i sms: Tęsknie nawet nie wiesz jak bardzo. Przyjeżdżam w środę wieczorem albo w czwartek rano. Nie wyobrażacie sobie jak bardzo byłam szczęśliwa! Wzięłam wolne z pracy, wypolerowałam mieszkanie…
    Nie myślałam nawet nad tym , że coś może pójść nie tak… ale życie lubi płatać mi figla. W wtorek o 15:10 ostatni sms: Uśmiecham się bo wiem, że się już niedługo zobaczymy. Zdzwonimy się o 19:00. No i zaczął się dramat, Jego telefon nie odpowiadział, ani wtedy ani dzień później ani dziś… Tak bardzo starałam i w sumie nadal się staram dowiedzieć co się stało niestety bezskutecznie.
    Nie ma go, znikł, rozpłynął się… Moje próby kontaktu z kimkolwiek nie przyniosły żadnych rezultatów…
    Możecie mi wierzyć próbowałam już wszystkiego,  przepadł.
    Gdy dzwoni telefon z trwogą odbieram połączenia, nie ma nic bardziej stresującego niż odbieranie telefonu…

    Teraz moje dni są szare i papierowe, patrzę w telefon widzę kolorowe zdjęcie, ale nie widzę wiadomości. Jedyne co mi zostało to maleńki okruszek nadziei że któregoś dnia zadzwoni telefon i to będzie ON, albo otworze drzwi i to będzie ON.
    Podobno nadzieja umiera ostatnia.

    Dziś przed jazdami nikt mnie nie prosi, żebym uważała na siebie, słuchała instruktora, żebym dała z siebie wszystko bo we mnie wierzy.
    Brakuje tego jak cholera.

    P. dziękuje Ci, za każde ciepłe słowo, za każdy uśmiech, przytulenie, pocałunek…
    Dziękuje za to, że byłeś.

     

    M.

    Papierowy szary świat…

    0

    Odkąd P. wyjechał stało się to wszystko jakieś puste, pozbawione sensu, światła. Dziwne w jaki sposób moze brakować drugiego człowieka… Nie ma mnie kto odprowadzać na autobus do pracy, nikt na mnie nie czeka, nie ma mi kto zrobić kawy… Niby proste czynności a jednak.. Naprawde bałam się przywyknąć, ale to stało się mimowolnie.
    Brakuje mi jego smutnego uśmiechu, głupowatych min… i po prostu obecności.
    No ale, jest nadzieja że za 9 dni się zobaczymy… jak mam być szczera nie mogę się już doczekać…
    Poza tym, co u mnie ? Myśle nad rezygnacją ze szkoły… wiem, ze został mi ostatni semestr, że tak wiele pracy i wysiłku włożyłam w to aby być tu gdzie jestem teraz… ale chyba po prostu się do tego nie nadaje… za dużo mam na głowie, siedzenie w pracy do późna,  kurs na prawo jazdy… prawie zerowy czas dla siebie… a może po prostu przesadzam?
    Never mind.

     

     

    W życiu każdego z nas przychodzi taki moment, że siada i zastanawia się co zrobić dalej ze swoim życiem. Analizuje każdy wybór i drogę którą wybrał, swoje lepsze i gorsze dni, decyzje, czyny, nałogi…
    I ja mam taki swój mały dzień, z małym wyjątkiem dziś analizuje życie kogoś innego nie swoje a kogoś mi bliskiego… Przez pryzmat książki Zdzisława Korczaka „Umierałem sto razy”, książka to umysł nałogowca, bełkot alkoholika, wybory nie człowieka a nałogu… Książka jest mocna, dobra ale ciężka…
    Staram się zrozumieć człowieka który pił i ćpał ale z tego wyszedł …. człowieka który jedyne czego pragnie to śmierci… Mówi, że nie ma nic do stracenia…
    Wiem, rozumiem przynajmniej się staram… człowiek sam, w obcym mieście, znający zaledwie kilka osób, bez pracy, kasy… a to przecież o to w naszym życiu chodzi. Wszyscy jesteśmy materialistami, wiemy, że pieniądze to nie wszystko ale są ważne,,,, bez nich tak naprawdę nie żyjemy, nie istniejemy, nie egzystujemy, nie liczymy się w tym chorym świecie. Prawda jest brzydka, a zrozumie to tylko ktoś komu nie będzie pomagać rodzina, znajomi, przyjaciele ktoś kto na wszystko będzie musiał zapracować własnymi rękami…
    Wróćmy do sedna, zawsze wierzyłam w ludzi… Wierze, że mogą się zmienić, zacząć żyć na nowo tylko, że ta przemiana musi być czymś spowodowana… Chociażby małą odrobiną wiary w samego siebie.
    Ciężko jest iść przed siebie z bagażem życiowych doświadczeń, z antypatią do świata i ludzi…
    Czy warto wracać do nałogu??
    Czy warto zacząć pić tylko po to żeby nabrać pewności siebie ??
    Czy trzeba zacząć ćpać aby poczuć się dobrze??
    NIE trzeba, tak nie można ! Ponieważ człowieku zrujnujesz wszystko co do tej pory od nowa osiągnąłeś, a co najważniejsze swoją wartość, trzeba czasem po prostu się ogarnąć, a na resztę przyjdzie pora.
    Powiesz mi pewnie, że jesteś nieśmiały na trzeźwo? Wierz mi nie jesteś… Dziewczyna której będziesz chciał zaimponować, prędzej polubi Cię takiego właśnie nieśmiałego niż jako nachalnego ludzia pod wpływem alkoholu…

    Przestaje już smęcić, wracam do lektury…
    Pozdrawiam M.

    P.S. Zastanówcie się nad swoimi nałogami, pomyślcie czasem o innych ludziach którzy być może mają jakieś problemy z czymś…